- czym dla Ciebie jest wiara w Boga?
- dla mnie? raczej trzeba zapytać, czym ona jest dla Ciebie, albo czym jest w ogóle i czy dotyczy tylko Boga
- a jest inna wiara?
- wydaje mi się, że nie ma znaczenia czego wiara dotyczy, wiara to wiara, ale trzeba odpowiedzieć na kilka pytań, żeby sobie to uzmysłowić
- no to pytaj
- ok... czy istnieje drzewo?
- tak
- a trawa?
- tak
- istnieje ptak?
- tak
- a woda?
- tak
- istnieje wiatr?
- tak
- ogień?
- tak
- czy musisz w to wszystko wierzyć?
- nie... nie muszę, to wszystko po prostu jest
- no właśnie... a istnieje Bóg?
- tak
- to dlaczego w niego wierzysz?
- ... kurwa
____________________________________________

Tego się nauczyłem żyjąc wśród ludzi. Poznawania istoty rzeczy. Czyli, żebym mógł cokolwiek zrozumieć, a szczególnie nasze wspólne relacje, odpowiedzi nigdy nie były dla mnie istotne (bo ich nie znałem), tylko właściwie zadawane pytania.
Bo tylko one gwarantowały wspólne szukanie odpowiedzi.
yano 2009-01-27 - (217)
Polska - Norwegia 31:30, zszedłem na zawał... pa.
yano 2009-01-27 - (5)
Mam znajomą, która prawie za każdym razem gdy ją spotykam, mówi mi, że boi się śmierci. Ma jakąś jej obsesję. A jest osobą głęboko wierzącą w Boga, tylko nie akceptuje instytucji kościoła i do niego nie chadza. Nota bene skończyła religioznawstwo na KUL-u. Ciekawe, nie?

Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że to zupełnie irracjonalne. Fakt, można bać się samej drogi do śmierci, czyli fizycznego bólu, choroby, przejeżdżającego tramwaju, spadającej dachówki, ataku bandziorów w ciemnej ulicy, ukąszenia wszelkiego rodzaju robali, ale strach przed samą śmiercią jest irracjonalny, ponieważ nikt z żyjących nie ma kompletnie pojęcia o tym, co to takiego, ta "śmierć". O strachu przed "życiem po śmierci" pisać nie będę, bo mnie zaraz mózg i zęby rozbolą.
Czego więc ludzie się boją, skoro nonsensem jest bać się jakiejś tam "śmierci"? Otóż, logicznie rzecz ujmując: boją się ŻYCIA.

W przypadku osób wierzących, dochodzi jeszcze strach przed karą, wciskany im od kołyski. Wszystko co robią w życiu, musi być podporządkowane religii, którą wyznają i wszystkiemu, co jest z nią związane, czyli władzom kościelnym również. I tu się kończy dla nich samodzielne myślenie.
Skoro wierzą w to, co kościół mówi im, że mają odczuwać, myśleć i robić, to albo są posłuszni i bezmyślnie to robią, albo robią to od czasu do czasu, gdy sobie o tym przypomną, albo tego w ogóle nie robią, bredząc coś o "wierzących, ale nie praktykujących". Mają w zanadrzu polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby okazało się nagle, że Bóg istnieje. Więc również nie robią nic, żeby zacząć samodzielnie myśleć i głośno o tym mówić. Boją się również narazić tym wierzącym praktykującym, bo przecież w Konstytucji stoi jak byk, że trzeba "szanować" ich wiarę, inaczej można dostać parasolką w łeb, albo usłyszeć litanię o szatanie i ogniach piekielnych, albo być przeklętym przez "miłującą Boga" rodzinę.

Dlatego preferuję samodzielne myślenie, żeby wreszcie skończyc z tymi sztucznymi podziałami i uprzedzeniami, strachem i nienawiścią, bo czy człowiekowi potrzebna jest jakaś "wiara" i "religia", żeby odczuwał radość, cieszył się życiem i uśmiechał do ludzi? Nie, nie są mu do niczego potrzebne, jego potrzeba wynika ze strachu i ignorowania wiedzy o sobie samym. Z nawyku.

Bo co się stanie, jeśli któregoś dnia Bóg się objawi i pomacha nam ręką wyglądając zza chmur? Czyj on będzie? Nasz, czy ich? Chrześcijan czy islamistów? Hinduistów czy buddystów? Żydów czy Niemców? Arabów czy Greków? Będzie to Jahwe, czy Zeus? Śiwa czy Kriszna? Budda czy Jezus?
A może wszyscy razem będą nam machać?

Czasami naprawdę mam już dosyć tych religijnych bredni, bo dzięki nim to, co powinno być normalnością, staje się czymś wyjątkowym:
"Mówienie prawdy w epoce zakłamania, jest rewolucyjnym czynem."
- George Orwell.
yano 2009-01-22 - (3)
"Osobiście sądzę, że nauczanie nowoczesnej nauki jest czynnikiem korodującym dla wierzeń religijnych i całkowicie to popieram! Rzecz, która faktycznie prowadziła mnie przez życie, jest przeświadczenie, że jedną ze społecznych funkcji nauki jest uwalnianie ludzi od przesądów."

"Cała historia ostatnich tysięcy lat była historią religijnych prześladowań, wojen i krucjat. Mam nadzieję, że ta długa i smutna opowieść, napędzana przez księży, pastorów i rabinów, ulemów, imamów, bodhisattwów, dobiegnie końca. Jeśli nauka może się przyczynić do zakończenia tego, to najważniejszą przysługą jaką moglibyśmy uczynić, będzie rzeczywistość w której nie będziemy już musieli oglądać więcej księży, pastorów i całej tej reszty. Religia jest kompletnym nonsensem i okropną szkodą dla ludzkiej cywilizacji."

"Z religią czy bez, dobrzy ludzie będą postępować dobrze, a źli źle, ale złe postępowanie dobrych ludzi, to zasługa religii."

Steven Weinberg - amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla.
________________________________________________________________

Patrząc na rzeczywistość przez pryzmat bycia buddystą, muzułmaninem lub chrześcijaninem, widzi się wizję świata zgodną ze wzorem jaki prezentują. Nigdy nie zaczyna się patrzenia od spojrzenia na rzeczywistość, tylko na religię, która powoduje zawężenie obrazu, na który się patrzy. Nie widzi się wszystkich religii w szerszym spojrzeniu, czyli co powodują i jak wpływają na naszą wspólną egzystencję, tylko widzi się swoją religię ignorując inne, albo ślepo się w nią wierzy ignorując naukę i hamując postęp.
Religie uniemożliwiają bezpośredni kontakt z faktem i wejście w niego bez uprzedzeń. Nie patrzy się bezpośrednio na swoje myśli, pragnienia lub oczekiwania, tylko ocenia się je jako dobre, albo złe. Unika się ich, albo wyrzeka, potępia, albo akceptuje, wartościując swoje relacje, zamiast zrozumieć pochodzenie konfliktów, które tworzą.

Koszmarne życie, jakie sobie wzajemnie tworzymy religiami (New Age, okultyzmem, wróżbiarstwem i innymi głupotami również), nie istnieje na zewnątrz nas, tylko wewnątrz. Bez nich nie istniałyby masowe mordy dziejące się tysiące kilometrów od nas, tak jak nie bylibyśmy oddzieleni od rzeczywistości i siebie wieloma wydumanymi wizjami świata.
Życie nie jest wewnętrznym uwarunkowaniem od narodowości i religi. Nawet od rasy i kultury. XXI wiek nie jest zabobonnym średniowieczem. To już nie są czasy katolickich komisji, które decydowały o tym, czy indianie są ludźmi, czy nie. Życie nie jest ślepym i bezmyślnym sprzeciwem wobec wszystkiego, co jest z religią sprzeczne, czyli nie jest jej posłuszne. Czasy ciemnoty, w których wszystko co nieznane i niezrozumiałe nazywano "nadprzyrodzonym", albo "boskim" już się skończyły.

Zrozumienie tego faktu jest proste, tylko że strach i niechęć bardzo to utrudnia. Nawyki i przyzwyczajenia, wielowiekowa indoktrynacja dzieci (czyli nas) i bezmyślne korzystanie z wytycznych do potępiania i osądzania innych, uniemożliwiają samodzielne myślenie. Bo po co samemu myśleć, skoro inni wiedzą lepiej, co należy myśleć, pomimo tego, że jest kompletnym nonsensem?
W notce "Paplanina" odniosłem to zjawisko do werbigeracji, która jest "bezmyślnym powtarzaniem nonsensów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, co w efekcie końcowym tworzy obraz zakłamanej i zakrzywionej rzeczywistości, czyli społeczną bądź religijną schizofrenię".
A bezmyślnie robimy to naszym dzieciom, tak jak nam to zrobiono.

Kiedyś zadałem sobie pytanie: "dlaczego jestem na tym świecie, dlaczego my wszyscy na nim jesteśmy?", na które długo nie znalazłem odpowiedzi.
Od pewnego czasu ją znam:
Żeby wspólnie cieszyć się życiem i wspólnie szukać rozwiązań zewnętrznych zagrożeń, jakie nas pewnie czekają. Wspólnie rozwijać myśli i naukę dla dobra nas wszystkich, a przynajmniej innym w tym nie przeszkadzać i trzymać za nich kciuki. Żebyśmy wszyscy wspólnie przetrwali, a nie walczyli ze sobą i mordowali, by przetrwać. Po to mamy umysł, żeby nim badać i tworzyć świat w oparciu o naturalne dobro i współczucie, a nie niszczyć go i usprawiedliwiać religią zło jakie czynimy, albo cwanie dopasowywać dobór naturalny ewolucji do norm społecznych, tworząc silnych, którzy pożerają słabszych. Ambicję i egoizm pożerające otwartość i wrażliwość.
Bezmyślne, wzajemne zabijanie i indoktrynowanie dzieci skostniałymi religiami tworzącymi strach, podziały i nienawiść, albo uciekanie w wyimaginowane światy i wierzenia, powrót do umysłowej ciemnoty rodem ze średniowiecza, nam w tym nie pomoże.

Bo nie wiem czy jest gdzieś jakieś "niebo", wiem że tutaj jesteś Ty i ja, ja i Ty.
I nasze wspólne dobro.
yano 2009-01-19 - (12)
- wiesz co? Tobie już chyba całkiem odbiło
- w sensie?
- chyba nie sądzisz, że te bzdury, o których piszesz i propagujesz się urealnią
- hmm, widzisz, "bzdury" o których piszę dzieją się wokół mnie codziennie
- jak to się dzieją? przecież kasa rządzi na świecie!
- no to nie wiem gdzie Ty patrzysz, bo jak dla mnie rządzi ciągły jej brak
__________________________________________________________

Czy zajmuję się życiem innych? Nie.
Czy mam jakąś manię naprawiania świata? Nie.
Czy na siłę chcę zmieniać innych? Nie.

Piszę jedynie o tym, co widzę, w którą stronę patrzę i jak głęboko. Nikomu ani nie nakazuję patrzeć w tę samą stronę, ani grzebać się we własnych bebechach.

Wczoraj rozmawialem z pewną Panią o jej zaangażowaniu w akcje Owsiaka. Powiedziała mi, że dla niej ważniejsze jest uratowanie chociaż jednego dziecka, niż gadanie o wojnach, korporacjach i umierających z głodu dzieciach...
Czy jestem przeciwny WOŚP? Nie. Jak dla mnie, każdy może sobie robić co mu się podoba, nic mi do tego.
Ale jeśli ratowanie czyjegoś życia, jest dokonywane kosztem innego życia, bo kasę na WOŚP ludzie zarabiają wyzyskując się wzajemnie, dojąc niemiłosiernie i doprowadzając swoje zdrowie do ruiny, to żadna pomoc. Wolę nie myśleć ile zdrowia ludzi zrujnowały firmy, które brały udział w licytacjach i w co inwestują banki, które zajmują się kasą WOŚP i ilu swoich klientów doprowadziły do bankructwa, albo napuściły na nich windykatorów i komorników, za niespłacone kredyty. I ile osób dzięki temu leczy się z depresji lub ile żyje w ubóstwie.
Po drugie, jeśli mamy ratować dzieci, by potem ktoś rujnował ich zdrowie, albo żeby były dla kogoś niewolnikami, to już zupełny bezsens.
Ludzie przeważnie biorą udział w WOŚP dla siebie, a nie dla tych biednych dzieci. Robią to, żeby się w tym skurwiałym do granic niemożliwości życiu, chociaż raz dobrze poczuć.

Łatwo jest być szlachetnym raz w roku, trudniej jest nie być głupim i otumanionym na co dzień.
yano 2009-01-13 - (18)

© Copyright yano 2002-2008 - V.0.6