olac blog

Twój nowy blog

Powód

218 komentarzy

- czym dla Ciebie jest wiara w Boga?
- dla mnie? raczej trzeba zapytać, czym ona jest dla Ciebie, albo czym jest w ogóle i czy dotyczy tylko Boga
- a jest inna wiara?
- wydaje mi się, że nie ma znaczenia czego wiara dotyczy, wiara to wiara, ale trzeba odpowiedzieć na kilka pytań, żeby sobie to uzmysłowić
- no to pytaj
- ok… czy istnieje drzewo?
- tak
- a trawa?
- tak
- istnieje ptak?
- tak
- a woda?
- tak
- istnieje wiatr?
- tak
- ogień?
- tak
- czy musisz w to wszystko wierzyć?
- nie… nie muszę, to wszystko po prostu jest
- no właśnie… a istnieje Bóg?
- tak
- to dlaczego w niego wierzysz?
- … kurwa
____________________________________________

Tego się nauczyłem żyjąc wśród ludzi. Poznawania istoty rzeczy. Czyli, żebym mógł cokolwiek zrozumieć, a szczególnie nasze wspólne relacje, odpowiedzi nigdy nie były dla mnie istotne (bo ich nie znałem), tylko właściwie zadawane pytania.
Bo tylko one gwarantowały wspólne szukanie odpowiedzi.

Fuck…

5 komentarzy

Polska – Norwegia 31:30, zszedłem na zawał… pa.

Mam znajomą, która prawie za każdym razem gdy ją spotykam, mówi mi, że boi się śmierci. Ma jakąś jej obsesję. A jest osobą głęboko wierzącą w Boga, tylko nie akceptuje instytucji kościoła i do niego nie chadza. Nota bene skończyła religioznawstwo na KUL-u. Ciekawe, nie?

Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że to zupełnie irracjonalne. Fakt, można bać się samej drogi do śmierci, czyli fizycznego bólu, choroby, przejeżdżającego tramwaju, spadającej dachówki, ataku bandziorów w ciemnej ulicy, ukąszenia wszelkiego rodzaju robali, ale strach przed samą śmiercią jest irracjonalny, ponieważ nikt z żyjących nie ma kompletnie pojęcia o tym, co to takiego, ta „śmierć”. O strachu przed „życiem po śmierci” pisać nie będę, bo mnie zaraz mózg i zęby rozbolą.
Czego więc ludzie się boją, skoro nonsensem jest bać się jakiejś tam „śmierci”? Otóż, logicznie rzecz ujmując: boją się ŻYCIA.

W przypadku osób wierzących, dochodzi jeszcze strach przed karą, wciskany im od kołyski. Wszystko co robią w życiu, musi być podporządkowane religii, którą wyznają i wszystkiemu, co jest z nią związane, czyli władzom kościelnym również. I tu się kończy dla nich samodzielne myślenie.
Skoro wierzą w to, co kościół mówi im, że mają odczuwać, myśleć i robić, to albo są posłuszni i bezmyślnie to robią, albo robią to od czasu do czasu, gdy sobie o tym przypomną, albo tego w ogóle nie robią, bredząc coś o „wierzących, ale nie praktykujących”. Mają w zanadrzu polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby okazało się nagle, że Bóg istnieje. Więc również nie robią nic, żeby zacząć samodzielnie myśleć i głośno o tym mówić. Boją się również narazić tym wierzącym praktykującym, bo przecież w Konstytucji stoi jak byk, że trzeba „szanować” ich wiarę, inaczej można dostać parasolką w łeb, albo usłyszeć litanię o szatanie i ogniach piekielnych, albo być przeklętym przez „miłującą Boga” rodzinę.

Dlatego preferuję samodzielne myślenie, żeby wreszcie skończyc z tymi sztucznymi podziałami i uprzedzeniami, strachem i nienawiścią, bo czy człowiekowi potrzebna jest jakaś „wiara” i „religia”, żeby odczuwał radość, cieszył się życiem i uśmiechał do ludzi? Nie, nie są mu do niczego potrzebne, jego potrzeba wynika ze strachu i ignorowania wiedzy o sobie samym. Z nawyku.

Bo co się stanie, jeśli któregoś dnia Bóg się objawi i pomacha nam ręką wyglądając zza chmur? Czyj on będzie? Nasz, czy ich? Chrześcijan czy islamistów? Hinduistów czy buddystów? Żydów czy Niemców? Arabów czy Greków? Będzie to Jahwe, czy Zeus? Śiwa czy Kriszna? Budda czy Jezus?
A może wszyscy razem będą nam machać?

Czasami naprawdę mam już dosyć tych religijnych bredni, bo dzięki nim to, co powinno być normalnością, staje się czymś wyjątkowym:
„Mówienie prawdy w epoce zakłamania, jest rewolucyjnym czynem.”
- George Orwell.

„Osobiście sądzę, że nauczanie nowoczesnej nauki jest czynnikiem korodującym dla wierzeń religijnych i całkowicie to popieram! Rzecz, która faktycznie prowadziła mnie przez życie, jest przeświadczenie, że jedną ze społecznych funkcji nauki jest uwalnianie ludzi od przesądów.”

„Cała historia ostatnich tysięcy lat była historią religijnych prześladowań, wojen i krucjat. Mam nadzieję, że ta długa i smutna opowieść, napędzana przez księży, pastorów i rabinów, ulemów, imamów, bodhisattwów, dobiegnie końca. Jeśli nauka może się przyczynić do zakończenia tego, to najważniejszą przysługą jaką moglibyśmy uczynić, będzie rzeczywistość w której nie będziemy już musieli oglądać więcej księży, pastorów i całej tej reszty. Religia jest kompletnym nonsensem i okropną szkodą dla ludzkiej cywilizacji.”

„Z religią czy bez, dobrzy ludzie będą postępować dobrze, a źli źle, ale złe postępowanie dobrych ludzi, to zasługa religii.”

Steven Weinberg – amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla.
________________________________________________________________

Patrząc na rzeczywistość przez pryzmat bycia buddystą, muzułmaninem lub chrześcijaninem, widzi się wizję świata zgodną ze wzorem jaki prezentują. Nigdy nie zaczyna się patrzenia od spojrzenia na rzeczywistość, tylko na religię, która powoduje zawężenie obrazu, na który się patrzy. Nie widzi się wszystkich religii w szerszym spojrzeniu, czyli co powodują i jak wpływają na naszą wspólną egzystencję, tylko widzi się swoją religię ignorując inne, albo ślepo się w nią wierzy ignorując naukę i hamując postęp.
Religie uniemożliwiają bezpośredni kontakt z faktem i wejście w niego bez uprzedzeń. Nie patrzy się bezpośrednio na swoje myśli, pragnienia lub oczekiwania, tylko ocenia się je jako dobre, albo złe. Unika się ich, albo wyrzeka, potępia, albo akceptuje, wartościując swoje relacje, zamiast zrozumieć pochodzenie konfliktów, które tworzą.

Koszmarne życie, jakie sobie wzajemnie tworzymy religiami (New Age, okultyzmem, wróżbiarstwem i innymi głupotami również), nie istnieje na zewnątrz nas, tylko wewnątrz. Bez nich nie istniałyby masowe mordy dziejące się tysiące kilometrów od nas, tak jak nie bylibyśmy oddzieleni od rzeczywistości i siebie wieloma wydumanymi wizjami świata.
Życie nie jest wewnętrznym uwarunkowaniem od narodowości i religi. Nawet od rasy i kultury. XXI wiek nie jest zabobonnym średniowieczem. To już nie są czasy katolickich komisji, które decydowały o tym, czy indianie są ludźmi, czy nie. Życie nie jest ślepym i bezmyślnym sprzeciwem wobec wszystkiego, co jest z religią sprzeczne, czyli nie jest jej posłuszne. Czasy ciemnoty, w których wszystko co nieznane i niezrozumiałe nazywano „nadprzyrodzonym”, albo „boskim” już się skończyły.

Zrozumienie tego faktu jest proste, tylko że strach i niechęć bardzo to utrudnia. Nawyki i przyzwyczajenia, wielowiekowa indoktrynacja dzieci (czyli nas) i bezmyślne korzystanie z wytycznych do potępiania i osądzania innych, uniemożliwiają samodzielne myślenie. Bo po co samemu myśleć, skoro inni wiedzą lepiej, co należy myśleć, pomimo tego, że jest kompletnym nonsensem?
W notce „Paplanina” odniosłem to zjawisko do werbigeracji, która jest „bezmyślnym powtarzaniem nonsensów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, co w efekcie końcowym tworzy obraz zakłamanej i zakrzywionej rzeczywistości, czyli społeczną bądź religijną schizofrenię”.
A bezmyślnie robimy to naszym dzieciom, tak jak nam to zrobiono.

Kiedyś zadałem sobie pytanie: „dlaczego jestem na tym świecie, dlaczego my wszyscy na nim jesteśmy?”, na które długo nie znalazłem odpowiedzi.
Od pewnego czasu ją znam:
Żeby wspólnie cieszyć się życiem i wspólnie szukać rozwiązań zewnętrznych zagrożeń, jakie nas pewnie czekają. Wspólnie rozwijać myśli i naukę dla dobra nas wszystkich, a przynajmniej innym w tym nie przeszkadzać i trzymać za nich kciuki. Żebyśmy wszyscy wspólnie przetrwali, a nie walczyli ze sobą i mordowali, by przetrwać. Po to mamy umysł, żeby nim badać i tworzyć świat w oparciu o naturalne dobro i współczucie, a nie niszczyć go i usprawiedliwiać religią zło jakie czynimy, albo cwanie dopasowywać dobór naturalny ewolucji do norm społecznych, tworząc silnych, którzy pożerają słabszych. Ambicję i egoizm pożerające otwartość i wrażliwość.
Bezmyślne, wzajemne zabijanie i indoktrynowanie dzieci skostniałymi religiami tworzącymi strach, podziały i nienawiść, albo uciekanie w wyimaginowane światy i wierzenia, powrót do umysłowej ciemnoty rodem ze średniowiecza, nam w tym nie pomoże.

Bo nie wiem czy jest gdzieś jakieś „niebo”, wiem że tutaj jesteś Ty i ja, ja i Ty.
I nasze wspólne dobro.

- wiesz co? Tobie już chyba całkiem odbiło
- w sensie?
- chyba nie sądzisz, że te bzdury, o których piszesz i propagujesz się urealnią
- hmm, widzisz, „bzdury” o których piszę dzieją się wokół mnie codziennie
- jak to się dzieją? przecież kasa rządzi na świecie!
- no to nie wiem gdzie Ty patrzysz, bo jak dla mnie rządzi ciągły jej brak
__________________________________________________________

Czy zajmuję się życiem innych? Nie.
Czy mam jakąś manię naprawiania świata? Nie.
Czy na siłę chcę zmieniać innych? Nie.

Piszę jedynie o tym, co widzę, w którą stronę patrzę i jak głęboko. Nikomu ani nie nakazuję patrzeć w tę samą stronę, ani grzebać się we własnych bebechach.

Wczoraj rozmawialem z pewną Panią o jej zaangażowaniu w akcje Owsiaka. Powiedziała mi, że dla niej ważniejsze jest uratowanie chociaż jednego dziecka, niż gadanie o wojnach, korporacjach i umierających z głodu dzieciach…
Czy jestem przeciwny WOŚP? Nie. Jak dla mnie, każdy może sobie robić co mu się podoba, nic mi do tego.
Ale jeśli ratowanie czyjegoś życia, jest dokonywane kosztem innego życia, bo kasę na WOŚP ludzie zarabiają wyzyskując się wzajemnie, dojąc niemiłosiernie i doprowadzając swoje zdrowie do ruiny, to żadna pomoc. Wolę nie myśleć ile zdrowia ludzi zrujnowały firmy, które brały udział w licytacjach i w co inwestują banki, które zajmują się kasą WOŚP i ilu swoich klientów doprowadziły do bankructwa, albo napuściły na nich windykatorów i komorników, za niespłacone kredyty. I ile osób dzięki temu leczy się z depresji lub ile żyje w ubóstwie.
Po drugie, jeśli mamy ratować dzieci, by potem ktoś rujnował ich zdrowie, albo żeby były dla kogoś niewolnikami, to już zupełny bezsens.
Ludzie przeważnie biorą udział w WOŚP dla siebie, a nie dla tych biednych dzieci. Robią to, żeby się w tym skurwiałym do granic niemożliwości życiu, chociaż raz dobrze poczuć.

Łatwo jest być szlachetnym raz w roku, trudniej jest nie być głupim i otumanionym na co dzień.

Cały świat zajmuje się profilaktyką farmakologiczną i leczeniem chorób, czyli produkcją leków i sprzętu medycznego, albo bije na alarm i pozornie zajmuje się ochroną środowiska za te same pieniądze, przy zarabianiu których niszczy to środowisko i doprowadza nasze zdrowie do ruiny.
O wojnach, zabitych i rannych, z których pochodzi ta kasa pisał nie będę, albo o zbrojeniach i produkcji chemii, bo to już jest nudne. Na wojnach zarabia się potężne pieniądze. Chyba nikomu nie trzeba tego tłumaczyć? Najpierw zarabia się na bombach, które niszczą jakiś kraj, a potem ludzie tyrają jak mrówki, żeby te zgliszcza odbudować, a rząd musi pożyczać od banków kasę, żeby tych ludzi wyżywić. To chyba proste jak drut?

W czasie „pokoju” jest identycznie. Lekarze wysyłają umęczonych i schorowanych ludzi do sanatoriów, a oni znowu wracają do roboty, która rujnuje im zdrowie, bo muszą zarabiać na sanatorium dla następnych pokoleń. Niech się nikomu nie zdaje, że dostaje coś za darmo. Na nasze leczenie tyrały miliony ludzi w poprzednich pokoleniach, umierając na raka, cierpiąc na różne choroby zawodowe, albo ginąc w wypadkach przy pracy. Często nie mając co do garnka włożyć.
Albo leczenie dzieci, które wracają do chorego środowiska i do znerwicowanych i zestresowanych rodziców, którzy zamiast się nimi zajmować martwią się o pracę i pieniądze. Praktycznie większość naszych dzieci nie ma jednego z rodziców, ponieważ tyra w pracy, żeby utrzymać rodzinę, albo nie ma ich oboje, bo razem pracują. Albo ma ich oboje, tylko że oni nie mają pracy i wszyscy żyją w koszmarnej biedzie, popadając w różne patologie, tak jak w różne patologie popadają ludzie bogaci, zmanierowani i ogłupiali pieniędzmi. Satystyki pokazują, że alkoholizm i narkomania są podzielone prawie po równo. Tak jedni jak i drudzy doprowadzają swoje szare komórki do całkowitego rozkładu.
Albo jaki sens ma profilaktyka i zdrowe odżywianie, skoro masowa produkcja leków i jedzenia doprowadza nas i nasze środowisko do ruiny? ŻADEN. Pakują w nas tyle chemii, że niedługo będziemy szczać kwasem solnym i świecić w ciemnościach.
Choroby i zniszczona natura są skutkiem naszego bezmyślnego postępowania i codziennej ignorancji, wygody i umysłowego lenistwa, albo pazerności i chciwości, którym świadomie bądź nieświadomie ulegamy. Albo udajemy, że nas nie dotyczą, bo tak jest bezpieczniej i nikt nas nie wypieprzy z roboty na zbity pysk.

To wszystko, co w nas tkwi, wszystkie nasze uczucia i emocje, są skutkiem strachu, czyli żeby go nie odczuwać człowiek zamyka oczy i udaje, że niczego nie widzi. Przestaje samodzielnie myśleć i wierzy we wszystko, co się mu wmawia. W ten sposób nigdy nie interesuje się tym, co go otacza i drugim człowiekiem, tylko tym, co ma przed samym nosem, czyli swoim własnym, osobistym bezpieczeństwem. I dla tego bezpieczeństwa jest w stanie poświęcić wszystko. Siebie, innych i otoczenie. Całkowicie da się ogłupić i będzie ogłupiał innych, przekonany o tym, że to co mówi, jest prawdą i „nie ma innego wyjścia, bo świat jest tak urządzony”, zamiast samemu zacząć go urządzać.

Nikt nigdy nie zapewnił nam stabilizacji i bezpieczeństwa, tylko ciągłe, finansowe zagrożenie. Nikt tego nie widzi? Ostatnie lata są tego dowodem, jesteśmy ich świadkami, dotykają nas codziennie. Nie trzeba wojny, żeby czerpać zyski. Wystarczy wywołać kryzys finansowy, który doprowadzi kilka krajów do ruiny i już ludzie mogą od nowa tyrać i nie myśleć o głupotach. Będą się ścigać o pracę jak szczury i bać się, że w każdej chwili mogą ją utracić. Są idealnym materiałem do manipulacji i ogłupiania.
Pieniądze nie zapewnią nam bezpieczeństwa, ponieważ ich zarabianie zawsze odbywa się naszym, wspólnym kosztem, i kosztem środowiska. Gdzie są zyski chyba pisać nie muszę.
Pieprzenie o nowych miejscach pracy jest otumanianiem ludzi. To nie są nowe miejsca pracy, tylko nowe pola bawełny, na których większość z nas tyra za miskę ryżu. I jesteśmy szczęśliwi, że ją mamy. Pracodawcy wmawiają nam bzdury o „lojalności”, ogłupiają nas NLP, albo wciskają kit, że „jesteśmy jak rodzina”, a kościół nas mami obietnicami, że „przez ból i cierpienie dostąpimy w niebie zaszczytów i będziemy żyli wiecznie”. Robią z nas tępych i zacofanych matołów.
Czytam niektóre blogi i czasem jestem przerażony, że młodzi, wykształceni ludzie są tak bezstroscy i ogłupiali i nie potrafią samodzielnie myśleć. Albo są tak agresywni w obronie chorych i nonsensownych wartości, że z monitora aż tryska jadem.

Jeśli każdy z nas tego nie zrozumie, nie zobaczy tych nonsensów, które sam produkuje i nie przestanie ich tworzyć, to czarno widzę naszą wspólną przyszłość. Czarno i krótko. Pstryk.

Jak zawsze, w dniu rozpoczęcia grania WOŚP, przeglądam z zażeniowaniem Sprawozdanie Komisji Finansów Publicznych.
I tak, 600 milionów wydamy w tym roku na armię (do 2018 roku ok. 60 mld). Na samą Kancelarię Prezydenta 150 mln zł. (chcą 190 mln ). Ulgi PIT-owskie (prorodzinne) uszczuplą budżet o 15 mld zł., ponieważ trzeba zachęcić młodych ludzi do produkowania wyrobników naszych emerytur.
Budżet na rok 2009 to przeważnie spłaty kredytów, zadłużeń i pożyczek, wynikających z lat ubiegłych, kryzysu światowego i zobowiązań wynikających z przynależności do UE.
Reszty nie chce mi się wyliczać, ale na każdym kroku nas kroją, doją i cyckają, w imię naszego „dobra i bezpieczeństwa”. Jakbyśmy opłacali alfonsów w burdelu, w którym sami jesteśmy dziwkami, bo nic innego nie potrafimy robić.

Z jednej strony niszczymy naturalne środowisko i wykańczamy się wzajemnie żyjąc w ciągłym stresie, z drugiej chcemy żyć zdrowo i żeby inni byli dla nas dobrzy.
Z jednej strony zbroimy się, handlujemy bronią, wysyłamy ludzi na wojny, z drugiej bierzemy udział w różnych akcjach charytatywnych i pomocy humanitarnej.
Z jednej strony produkujemy choroby i śmierć, z drugiej idziemy na WOŚP i szlachetnie oddajemy Owsiakowi ciężko zarobione pieniądze, żeby ratować skutki tego, co sami tworzymy.

Jak długo jeszcze będziemy się tak dawać ogłupiać i żyć w hipokryzji?

Odczuwanie, myślenie i działanie bez przeszkód, nie jest celem samym w sobie. Jest podążaniem za celami, które same się pokazują, bo nic nie przeszkadza je widzieć.
Nie ma w tym „chęci wpływania”, „chęci zmieniania”, albo „chęci naprawiania” kogoś lub świata. Albo ktoś zauważy taką postawę, albo nie, nic ponad to. Ona nie ma nic wspólnego z „przekonywaniem do swoich racji”, bo w takiej postawie nie ma żadnych racji. Nie ma prawdy i nieprawdy, omylności i nieomylności.
Wiele razy widziałem, gdy ludzie postrzegali naturalność, jak coś innego i obcego, ponieważ nie była zgodna z ich wyobrażeniami, przyzwyczajeniami i nawykami, stereotypami myślenia i przywiązaniem do nabytych wzorców.
Z otumanieniem i umysłowym lenistwem, które działają jak sito.

To, że ktoś przyznaje komuś rację, nie znaczy, że ten ktoś ją ma, albo chce mieć. Tak jak zgadzać się z kimś, nie znaczy, że ten ktoś pragnie, by się ktoś z nim zgadzał.

Jeśli ktoś słyszy i wie, co mówi, albo co ktoś mówi, nie znaczy, że ma wiedzę. Wręcz przeciwnie, w ogóle jej nie ma, bo nic nie przeszkadza mu słyszeć i wiedzieć, co sam mówi, albo co ktoś inny mówi.

Tak się budzi uśpiony brak głupoty, który nie ma nic wspólnego z mądrością.

Czy dziecko, gdy się rodzi, jest głupie? Albo nabywa z czasem mądrości? Od dawna podejrzewam, że nie ma czegoś takiego, jak wrodzona głupota lub nabyta mądrość. Jest tylko naturalny brak głupoty, któremu z uwagą się nie przeszkadza. Każdy z nas jest za niego odpowiedzialny.

Polska wchodzi w energię jądrową. Załamać się można. Zniszczą ten kraj doszczętnie.
Czas stąd wyjechać.

Zabijamy się wzajemnie za beczkę ropy, kawałek węgla i rurę z gazem. Spieramy się o tarcze antyrakietowe i historię, i tworzymy dla pokoleń zabójczy arsenał syfu. To smutne i durnowate.

Niestety, Nowy Rok zaczął się po staremu. Rosja zakręca polityczne kurki, a na Bliskim Wschodzie wojna. Hamas oskarża Izrael, Izrael oskarża Hamas, a kasa płynie strumieniami. Na bomby, na czołgi i na bandaże. ONZ jak zwykle bezradna, a UE robi dobrą minę do złej gry. Pomoc humanitarna jedzie ciężarówkami i nadal nic się nie zmienia. W Izraelu niebawem wybory…

Ogłupiają nas nadal. Karabiny, leki i jedzenie pochodzą pewnie z tego samego banku. Zawsze ktoś za to płaci, czyli ktoś na tym zarabia. Każdy nabój kosztuje, tak jak każdy środek znieczulający i worek ryżu. W mediach politycy gadają, gadają i gadają. Dyskutują, kto ma rację, kto zaczął i kto ma większe prawo do zabijania, albo snują się po korytarzach dyplomacji, klepią po placach, urządzają wystawne rauty i gadają, jak na tym zarobić.

Jest takie drobne, 28-letnie dziewczę, Afganka Malalaj Dżoja, która w grudniu 2003 roku, na posiedzeniu wielkiej rady Loi Dżirgi, odważyła się nazwać mudżahedinów, bohaterów wojny w Afganistanie, „zbrodniarzami winnymi zniszczeń, grabieży, gwałtów i rzezi”. Wszystkich „wielkich wojowników” zamurowało. Na sali zapadła cisza, która po chwili wybuchła armią mudżahedinów z karabinami u pasa. Udało się ją jakoś wyprowadzić z sali obrad. Pierwszy raz od zakończenia wojny, ktoś odważył się o tym powiedzieć wprost, bez żadnej ściemy. Następne lata pokazały, że coraz więcej ludzi przestaje wierzyć mediom i politykom.

Polecam film o Malalaj Dżoja, na PLANETE:
WROGOWIE SZCZĘŚCIA (Enemies of Happiness)

film dokumentalny, Dania, 2006, 58 min.

reżyseria: Eva Mulvad

najbliższe emisje
6.01, wtorek, godz. 00.40
15.01, czwartek, godz. 22.45

Myślę, że rok 2009 będzie początkiem końca ściemy. Czego sobie i Wam życzę.


  • RSS